Rafineria Festival to wydarzenie, po którym nie spodziewałem się zbyt sporego zainteresowania ze strony ludzi ze względu na wyjątkowo słabo dobrany termin. No i nie przeliczyłem się. Uczestników Festiwalu było niewielu, zresztą pogoda nie zachęcała do wychodzenia gdziekolwiek. (nabawiłem się przeziębienia). Rafineria, która odbyła się w Starej Rzeźni to dwudniowy festiwal muzyczny głównie z pokroju gatunku indie... a jakie są moje wrażenia o tym już zaraz.
DZIEŃ PIERWSZY:
W piątek pojawiłem się na miejscu jakoś w okolicach godziny 17. 10. Na wstępie wymieniłem mój dwudniowy karnet na dwie opaski niebieską i różową (dlaczego nie wymyślono trzeciego koloru dla dwóch dni?? - nie wiem), zostałem również uraczony różnego rodzaju literaturą, z której do gustu przypadł mi PULP. Następnie oczywiście musiałem się przedostać przez bramkarzy... kontrola była bardzo, aż za bardzo dokładna... w pewnej chwili zwątpiłem czy nie usłyszę zaraz tekstu "W tych butach nie wejdziesz!! To nie jest impreza dla dresiarzy" no ale chwilę później udało się wejść na teren festiwalu.
Na scenie z młodzieńczą werwą szalał pewien zespół, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Chłopaków (jak się później okazało z zespołu
The Washing Machine) słyszałem tylko przez trzy kawałki, ale stwierdzam, że fajnie sobie poczynali na scenie, chociaż pod sceną pustki. Po występie łódzkiego formacji, na scenę wkroczył on... wódz, wodzirej, konferansjer czy jak go tam kto chce nazywać. Zapowiedział koncert kolejnego zespołu, poinformował o saloniku Empiku :) i o strefie NGO.
The Washing Machine - (4) - trochę za krótko Was słyszałem
Chwilę później na scenę wkroczył zespół
hellow dog wraz ze swoją charyzmatyczną wokalistką, która wskoczyła na scenę w stroju Franka Kimono i oznajmiła wszem i wobec, że grają już 13 lat. Zespół tak doświadczony, niestety tylko stażem, jakoś na estradzie nie podbił mojego serca. Nie to, grali jakąś niefajną muzykę, wręcz przeciwnie podobało mi się... irytowały mnie tylko przerywniki między piosenkami, w której coraz to bardziej irytującą była w/w pani, nie wiem czy to była z jej strony gra aktorska czy może prywatnie jest tak irytującą osobą, tak czy inaczej nie podobało mi się to... no może po za ostatnią wstawką, gdzie wokalistka podziękowała za występ - to udało jej się zrobić z delikatnie rzecz ujmując klasą. :)
hellow dog - (4-) - pozytywnie, tylko troszkę muszą zmienić wizerunek sceniczny.
Kolejną formacją, była znowu łódzka formacja
L.Stadt. Jak panowie sami przyznali był to ich drugi koncert w Poznaniu - w moim uznaniu drugi słaby (żeby nie powiedzieć ch...) koncert w Poznaniu. Pierwszym był ten, który odbył się przy okazji Nocy Naukowców... już wtedy zraziłem się do wstępów na żywo tej łódzkiej grupy, to co zobaczyłem na Rafinerii tylko mnie w tym potwierdziło. Zespół zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo. Podobnie jak ostatnio na wielkie brawa zasługują perkusiści, którzy wywołali podobnie jak ostatnio na mojej twarzy uśmiech. Niestety wokalista psuł cały trud pracy perkusistów swoim wokalem. Ale to nic podobno nawet na koncertach Placebo jest do dupy.
L.Stadt - (2+) - może za trzecim razem Wam się uda.
Teraz nadeszła ta chwila, której wyczekiwałem od dłuższego czasu. Poznański
Snowman o którym słyszałem wiele w samych superlatywach, ale nigdy nie miałem okazji posłuchać jak grają. No i to było to... pierwszy koncert dnia pierwszego, który mnie poruszył. Panowie tworzą coś co mnie osobiście pociągało, podobały mi się wizualizacje puszczane w tle, szkoda że było tak jasno... Lider zespołu miał fajny kontakt z publiką... podobała mi się wymiana zdań z pewną warszawianką, która wiedziała co kiedyś było w starej rzeźni. Niestety z mojej dzięki mojej nieznajomości twórczości zespołu nie mogłem wziąć udziału w konkursie, w którym można było wygrać zestaw 10 płyt i 1 noc z saksofonistą. Te 10 płyt kusiło, saksofonista mniej... gdyby był kobietą to inna sprawa... ale grał i tak fajnie.
Snowman - (5-) - pierwsze pozytywne zaskoczenie festiwalu.
Kolejnym gwoździem programu miał być koncert zespołu Woody Alien na scenie Fotisa, koncertu po którym wiele się spodziewałem, ale koncert został przeniesiony na niedzielę, więc WA jeszcze tu wróci.
Szybka zmiana planów i na scenie rozstawiają się pierwsi gwiazdorzy jak to określił nasz ulubiony wodzirej. Jeszcze chwilka, momencik i już są
Pogodno. Jacek był w piątek strasznie wyluzowany, jego łamany angielski denerwował chociaż momentami bawił... strasznie nie podobała mi się jego wulgarność tego wieczoru, tym bardziej że pod sceną przebywał jakiś ojciec z dzieckiem, którego ciężko było nie zauważyć. No ale pomijając ten przykry wątek... Pogodno było mega pogodne i pozytywne... przynajmniej na starcie... na końcówce już nie było tak super. Nie wiem, ale spodziewałem się po nich lepszego koncertu... może za wysoko postawiłem im poprzeczkę?
Pogodno - (4-) - skaczcie wyżej, wiem że potraficie.
Happy Pills - czyli Natalia Fiedorczuk po raz pierwszy. Happy Pills to był dla mnie dotychczas nieznanym zespołem o ładnej nazwie. Jak się okazało byli to protoplaści polskiej sceny indie rockowej. Zespół jakoś mnie nie powalił... widać było, że ekipa z Happy Pills wkładała w to co robi naprawdę sporo swojej energii i serca, ale czegoś mi brakowało, tego czegoś co tak pociąga, pozwala się dobrze bawić - może grona znajomych, z którymi można by poskakać... nie wiem. Zespół muzycznie na fajnym poziomie, wokale Natalii fajnie się w to wszystko wplatały, a jednak czegoś brak. Czego?
Happy Pills - (3+) - czego wciąż Wam brak? nie wiem.
Kolejni gwiazdorzy sceny polskiej... warszawska grupa
Renton. Wielu zarzuca temu zespołowi, granie zbyt cukierkowej odmiany rocka. Ja tam lubię tą czwórkę i chętnie się przejdę na jeszcze niejeden ich koncert. Jednak na Rafce dali wg. mnie ciała. Na 90% jestem przekonany, że panowie zapodawali z Playbacka, bo to nie brzmiało jak występ na żywo... może się mylę, jeśli tak to przepraszam... jeśli nie to polecam to sobie przemyśleć. Pamiętam, że po ostatnim ich koncercie napisałem, żeby nie śpiewali po polsku... w ten piątek jednak Stan pogody brzmiał nawet fajnie - mimo, że i tak wydaje mi się, że to utwór, który fajnie wpasowałoby się w twórczość Ivana & Delfina ; ) Na scenie pojawiły się też, chórki, które wypadły szalenie blado... były zbyt ciche i były słabym ozdobnikiem, do dobrze znanych utworów, no poza walorami estetycznymi. : )
Renton - (4-) - chciałbym się czasami mylić.
No i w końcu nadszedł czas na pierwszy koncert w scenie Fotisa, na której zaprezentował nam się świeży, nowy, autentycznie nowy twór
Cieślak i Księżniczki to było to, drugi koncert Rafinerii, który zachwycił... Pan Cieślak z swoją księżniczkami mieli wystąpić pod nazwą Tunes of Early Spring, lecz tuż przed koncertem zmienił nazwę. Muzyka, którą można było usłyszeć na Scenie Fotisa faktycznie przypominała to co w początku wiosny najpiękniejsze. Topnienie śniegu, rozkwitanie pierwiosnków i innych wczesnowiosennych kwiatków. Delikatnie wydające się dźwięki z pudła gitary w połączeniu z sekcją smyczkową tworzyły na Scenie Fotisa, coś na kształt magii. Koncert zdecydowanie mnie oczarował i faktycznie przypominał, ze względu na miejsce (hala w starej rzeźni, z fajnym pogłosem), koncerty rozgrywające się w obiektach sakralnych.
Cieślak i Księżniczki - (5) - It's a kind of magic.
Powrót na główną scenę, to powrót do pana
Juvelen, którego niestety słyszałem tylko przez trzy kawałki, a mimo tego zrobił na mnie fajne wrażenie. Jego muzyka była magnetyzująca i sama pobudzała do tanecznych pląsów... stety/niestety musiałem iść.
Juvelen - (4) - mam nadzieję, że tego Pana jeszcze spotkam na scenie.
Dick4Dick... może następnym razem się uda.
DZIEŃ DRUGI
Gdy w sobotę wybierałem się do Starej Rzeźni byłem już na starcie nieźle wycieńczony... dzień poprzedzający strasznie mnie dobił i tylko katar i gorączka, katar i gorączka... no ale czego się nie robi dla Sztuki. Rafinerię sobotnią czas rozpocząć... Wejście, tym razem nie sam, ale znów przetrzepany przez bramkarzy, jakbym był nie wiadomo jakim terrorystą (probably "terryfing terrorist") Na miejscu pojawiłem się około 17.40 - 17.50.
Ze względu na rutynowe już opóźnienia udało mi się zdążyć na koncert poznańskiego zespołu
Orchid. Tu po raz kolejny, można było podziwiać w/w Natalię z zespołem, do którego dołączyła druga wczorajsza chórzystka Rentonu - Iza. Nie wiem jak długo p. Iza gości już w Orchidzie, ale ja widziałem ją wraz z zespołem po raz pierwszy. Co wniosła ta zmiana? No są pewne korzyści, których można się tu dopatrywać, ale są też pewne braki. Jeśli chodzi o braki, to jej głos w partiach wokalno-solowych, tych, które kiedyś wykonywała tylko Natalia okazał się niewystarczająco dobry... jednak w niektórych był świetnym uzupełnieniem. Strasznie zawiódł mnie kawałek Call to the Past, którego kiedyś mogłem słuchać zapętlonego przez parę godzin, może to akurat to wykonanie było takie zbyt szybkie, trudno mi to określić.... ale było mi przykro, że ten kawałek nie brzmiał tak dobrze jak tego oczekiwałem. Fajnie za to prezentował się Tony Soprano. : )
Orchid - (4-) - good changes (?)
Po koncercie Orchidu, zabrałem moją dziewczynę do Avanti na spaghetii... w drodze na rynek czułem jakbym miał zaraz zostać "skrojony" (jak ja lubię to uczucie). Poza tym studenckiego bolońskiego nie zastąpi jakaś tam kiełbasa czy zapiekanka. W ten sposób ominęło nas
Searching For Calm.
Kolejnym zespołem, który pojawił się na scenie był
Psychocukier, którego dotychczas nie miałem okazji poznać i o którym słyszałem mieszane opinie... to też uczucia po koncercie okazały się mieszane... niby panowie mają fajny pomysł na wizerunek, niby fajnie grają... ale jakoś przytłacza płytkość tekstów. Wiem, wiem to tak ma być, taka cukrowa psychodelia, czy mnie to porywa? Trochę porywa, ale na co dzień nie dałbym rady tego słuchać... trzeba mieć na nich fazę, zważywszy na moje przeziębienie fazy brakowało.
Psychocukier - (3) - no nie miałem tej fazy
Drivealone nie wystąpił w określonej dla niego chwili, ale do niego wrócimy. Tymczasem na scenie rozkłada się Woody Alien, który miał zagrać wczoraj. A My na herbatę i do saloniku Empiku. W saloniku pogadanka z psychocukrem co się ponoć żre z muchami.
Na scenie wspomniany
Woody Alien słyszany znów przez 3-4 kawałki, no bo się spóźniliśmy. Jakoś tak było mi za głośno i głowa mnie bolała nie wiem czy od muzyki czy od mojego wyjątkowo słabego stanu zdrowia. Ten bass miażdżył wszystko co miałem w głowie, ale do cholery i tak było grubooo. Potem pogadanka w saloniku empiku podczas gdy na scenie Kumka się rozkłada.
Woody Alien - (4) - źle się Was słuchało, bo za głośno mi było, ale dobrze się rozmawiało i mam nadzieję na kolejny koncert, jak będę zdrowszy.
Kumka Olik oczywiście, znów przybyłem na końcówkę, ale jaka to była końcówka. No właśnie jaka? Przybywając pod scenę usłyszałem tylko, że teraz zespół zagra utwór pt. Lipstick on the glass. Moje serduszko strasznie się rozradowało na myśl o tym utworze. Wcześniej już miałem okazję nie być na kilku koncertach Kumki, bo mi Artur mówił, że oni ssą... no ale teraz mieli szansę podbić moje serce... i wystarczyło tak naprawdę niewiele. Tylko jedno dobre wykonanie utworu Maanamu, na którym się wychowywałem. No ale KURWA MAĆ, jak usłyszałem "Lipstick, lipstick on the glass" zamiast "Whose that lipstick on the glass?" to mój świat i dotychczasowa radość przemieniła się w zło. Byłem mega wściekły i już żaden, ale to absolutnie żaden wyczyn ze strony Kumki na tej scenie nie mógł tego zmienić. Jeśli ktoś chce wykonać taki klasyk to niech się chociaż nauczy słów.... w tekście notabene występują słowa "To nic, że ona przyjdzie zapyta jeszcze raz" po tym tekście powinno paść pytanie, pytanie "Whose that lipstick on the glass?", a nie zdanie twierdzące "Lipstick, lipstick on the glass." Jeśli czyta to ktoś związany w jakikolwiek sposób z zespołem, albo ktoś kto ma kontakt z zespołem niech przekaże im tą cenną uwagę... bo podejrzewam, że zespół będzie chciał jeszcze nie raz wykonać jakiś cover, ale najpierw PANOWIE NAUCZCIE SIĘ TEKSTU...
Kumka Olik - (2) - a mieliście taką szansę i dodam, że nawet Wam dosyć szło.
Teraz na scenie Fotisa miał wystąpić długo oczekiwany przeze mnie i przez innych projekt solowy Piotrka Maciejewskiego o nazwie
Drivealone. Długo oczekiwany, ponieważ Piotr miał pewne kłopoty techniczne, które wydaje mi się nie do końca zostały usunięte co odbiło się strasznie na odbiorze tego koncertu... nie mogłem dotrwać do końca, bo serce mi pękało... wokal był mało słyszalny... gitary były za głośno... z głośników wydobywał się jakiś nieznośny szum... nosz kurcze no dlaczego? W ogóle sala, w której mieściła się scena Fotisa niosła za wielkie echo i wszystko to wyszło szalenie blado... może lepiej byłoby gdyby Piotrek wystąpił na głównej scenie? Niestety odpowiedzi na to pytanie nie poznamy. Mam nadzieję, że następny koncert Drivealone będzie mi się bardziej podobał.
Drivealone - (4-) - żal i smutek
Teraz na głównej scenie wystawiły się Pustki, moje, nasze ukochane Pusteczki. Chyba najlepszy koncert na całej Rafinerii, nie licząc tych na których nie byłem. Na pustkach musiałem być pod samą sceną, bo gdzieżby indziej... Tak też wraz z karmel uczyniliśmy. Strasznie fajnie się śpiewało i tańczyło do znanych nam kawałków... Dookoła niektórzy ludzie też sobie śpiewali, czemu nie tańczyli? Nie wiem. Ja słuchając Pustek, aż sam się rwę do tańca, więc kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy stali jak wryci. Strasznie podobały nam się reakcje stojącego ciut przed nami przy samych barierkach chłopaka, który co kawałek krzyczał głośne "YEAH!!" jemu też został dedykowany jeden z utworów. Koncert był niesamowity i pełen energii. Zapomniałem kompletnie o tym, że jestem przeziębiony i śpiewałem i tańczyłem i w ogóle Pustki <3 : ) Potem jeszcze spotkanie z artystami w saloniku Empiku, też strasznie miło tak jakoś i dowiedziałem się, że Pustki w czerwcu w Poznaniu będą i dlaczego nie zagrano Próby sił i dlaczego Pustki to Pustki, a nie inne kluski i w ogóle, w ogóle :)
Pustki - (5+) - przyjeżdżajcie tu częściej, no!
Następnym koncertem, był koncert kolejnej poznańskiej grupy, której głównym wokalistą i liderem zespołu jest niejaki Michał zwany Bartkiem : ) Tak, tak teraz czas na
Muchy. Strasznie bałem się tego koncertu, bo muszki są dla mnie czymś więcej niż zespołem, który wydał zajebisty terroromans... niee muszki to ja już długo, długo znam i obserwuję ich poczynania. Mój strach wynikał z tego, iż ostatnio przyszedł dla zespołu ciężki czas... tak to jest czas, w którym Muchy muszą się wybronić w moich oczach. Może od początku... Tak jak wspomniałem, na pierwszym koncercie Much, na którym byłem, było może niespełna 40-50 osób. Koncert ten odbył się wtedy na poznańskiej Malcie i ożesz kurwa ja pierdolę co to za zespół.... naprawdę wtedy poczułem do nich pierwszą falę miłości, a wszystko to dzięki Krecikowi... następnie chyba informacja o tym, że muchy wchodzą do studia przepełniła moje wszystkie członki jak najczystsza krew... kolejna mega-fala miłości miała miejsce na koncercie w Eskulapie, podczas Erasmusa, na którym bawiłem się z kretem, Sarną i pedałem... oj tak wtedy Muchy grały dla nas reszta była nieważna. No i teraz te złe czasy... gdy miliony nastolatek skandują głośno Muchy, Muchy, Muchy... piszczą na koncertach... rzucają w Wiracha cukierkami... w tych czasach zespół strasznie się zmienił, to co kiedyś tak cieszyło taka spontaniczność... młodość... witalność gdzieś jakoś uleciało i strasznie było mi z tego powodu przykro. Ostatnio nawet po koncercie Much wyszedłem zdegustowany ich "zabawą" na scenie, próbą tworzenia czegoś nie wiem na pokaz, zabawa elektroniką... odbierałem Muchy jakby nadali sobie nową etykietkę, nowy wizerunek w stylu "och, jesteśmy fajni i nie musimy tego udowadniać"... Na początku strasznym szokem było dla mnie wstąpienie do zespołu Tomasza Skórki, który był jakby z innej bajki... grał i nie potrafił się bawić, teraz to się zmienił i w sobotę poradził sobie doskonale i już jest wg. mnie pełnoprawnym członkiem Much. A ten sobotni koncert.... Mimo tych nastolatek cukierków, TO BYŁO TO, to były stare dobre Muchy, pełne powera... pełne witalności... zaskakujące... szalone... i rewelacyjne pod każdym względem... No i jeszcze informacja o nowej płytce, kolejną falą miłości jak wtedy w Browarze, gdy dowiedziałem się, że powstanie terroromans.
Muchy - (5) - wróciliście do mojego serca, nie spieprzcie tego.
Na
The Teenagers już nie zostaliśmy, ze względu na moje fatalne samopoczucie dzisiaj już pół dnia się kuruję w łóżku...ale co Rafineria wymiotła, to wymiotła... może i było mało ludzi, ale za rok może być lepiej, tylko wróćcie do terminu letniego... taki środek maja to jednak jeszcze nie czas na imprezy plenerowe do późnej nocy.