Muggi był piosenkarzem karaoke w Malezji. W czasie pewnych wakacji jego pociecha, na co dzień mieszkająca w Islandii, postanowiła go odwiedzić i towarzyszyła mu w trasie po okolicznych barach. Ponieważ bywalcom tych lokali, mieszkańcom małych, rybackich wiosek, bardzo trudno było wymówić imię islandzkiego malca, nazywali go Mugison (syn Muggiego). I tak oto zdobył swój pseudonim artysta, z którego twórczością będę chciał was zaznajomić. Jego muzyka jest równie niezwykła co przedstawiona powyżej historia.
Nawet nie oczekujcie ode mnie, żebym próbował określić styl muzyczny, w jakim ten człowiek gra. Tu chodzi o zabawę, energię, o proces twórczy ograniczony tylko ludzką wyobraźnią. Żadnego udawania, że robi się coś niesamowicie undergroundowego - ma być chwytliwie, ale inteligentnie. I tak właśnie jest, co najlepiej udowadnia najnowsza płyta tego wykonawcy - “Mugiboogie”.
Pierwszy singiel z tego albumu, “Jesus Is A Good Name to Moan”, przywodzi na myśl rocka lat 60-tych. Cechują go nakręcający całość rytm perkusji, łkająca gitara i keyboardy, czyli niezbędne dla odtworzenia klimatu tamtych czasów składniki. Powiadają też, że muzyka Mugisona zawiera również elementy folku. Toteż w utworze “George Harrison” znajdziemy akustyczne brzdąknie, cymbałki i chórki przypominające The Beatles. A kto się dobrze wsłucha na pewno momentami usłyszy takie instrumenty jak harfa czy indyjski sitar, gdzieś wybrzmiewające w dalszym planie.
Ballada “Deep Breathing” jest skrzyżowaniem akustycznego
Radiohead z pięknymi smyczkami. Dawno nie słyszałem czegoś równie urzekającego i cudownie skomponowanego. W tej kompozycji każdy dźwięk tworzy muzyczną mozaikę. Lecz niech was nie zwiedzie chwilowe złagodzenie tonu, ponieważ za chwilę Islandczyk używa chropowatej elektroniki i modulatorów głosu, by histerycznie wykrzyczeć piosenkę “I’m Alright”. Wielkie wrażenie robi mroczny, instrumentalny refren, w którym znów pojawiają się fantastyczne partie smyczków. Niecałe 3 minuty niepokoju i znów wracamy do klimatów folkowych w przypominającym trochę dokonania My Morning Jacket “The Animal”.
A teraz zastanówmy się, jaki jeszcze gatunek możemy wrzucić na tę płytę. Może trochę noise rocka? Ależ proszę bardzo. “Two Thumb Sucking Son Of A Boyo” brzmi, jakby
Black Rebel Motorcycle Club postanowili grać tak ciężko jak
Muse. Acha, no i jest jeszcze solówka gitarowa, zagrana z iście metalową szybkością, tylko że na akustyku. Nieźle to wszystko zagmatwane, prawda?
“Mugiboogie” to album nieposiadający słabego punktu, za to mający masę fantastycznych pomysłów na przełamywanie przyjętej stylistyki. Jest w tej muzyce pasja, radość grania i naturalna zdolność do swobodnego żonglowania bardzo oddalonymi od siebie gatunkami. Tego po prostu trzeba posłuchać. Będzie ku temu okazja za parę dni, na odbywającym się od 13 do 15 listopada
Low-Fi Festival w Bydgoszczy.
Tekst pochodzi z portalu www.uwolnijmuzyke.pl
